Czego wykres Ci nie pokazuje (i kto to widzi)

Michał Zaawansowany ~8 min czytania

Świeca na wykresie minutowym podaje ci cztery ceny i jedną sumę: otwarcie, maksimum, minimum, zamknięcie oraz wolumen całej minuty. Powstaje wyłącznie z transakcji, które doszły do skutku. Zapisuje po nich sam agregat. Nie ma w niej informacji o tym, w jakiej kolejności zawierano poszczególne transakcje, po której stronie arkusza je wykonano, ile kontraktów czekało w kolejce po cenie o ćwierć punktu wyżej ani czy ktoś duży wychodził z rynku dokładnie wtedy, gdy cena rosła.

To, czego brakuje, dzieli się na dwie surowe warstwy danych i osobną warstwę narzędzi, które je porządkują. Pierwsza surowa warstwa to wykonania, czyli taśma transakcji: chronologiczny zapis każdej zawartej transakcji osobno, co do milisekundy, razem z ceną i wolumenem. Zestawiona z notowaniami arkusza w tej samej chwili (cena kupna i cena sprzedaży, czyli bid i ask) pozwala przypisać każdemu wykonaniu stronę, która była aktywna. Druga to zlecenia oczekujące, czyli kolejka po obu stronach bieżącej ceny, znana jako głębokość rynku. Dopiero na tych dwóch warstwach pracują narzędzia: delta wolumenu i footprint. Oba są sposobami klasyfikowania i agregowania wykonań, nie osobnym źródłem danych, i ta różnica wraca w tym tekście kilka razy.

Cała ta rodzina informacji nazywa się order flow, czyli przepływ zleceń. Zwykły wykres jej nie niesie, a dwa programy patrzące na tę samą minutę potrafią podać dla niej dwie różne liczby, przy czym żaden z nich nie kłamie.

Co mieści się w jednej świecy

Wykres jest interfejsem. Ktoś zebrał strumień pojedynczych transakcji, pociął go na równe kawałki po sześćdziesiąt sekund i z każdego kawałka policzył pięć liczb. Te pięć liczb rysuje prostokąt z dwiema kreskami i tak powstaje obraz, który większość ludzi utożsamia z rynkiem.

Sztych: jedna czysta świeca giełdowa unosi się nad horyzontem, a pod nią, tonące we mgle, rozciąga się pole tysięcy drobnych świec, z których powstała. Widoczny agregat i ukryty pod nim materiał.

Zwróć uwagę, co ta operacja gubi. Sekwencja znika: świeca wzrostowa o zakresie dwóch punktów wygląda identycznie niezależnie od tego, czy cena szła równo w górę przez całą minutę, czy najpierw spadła o punkt, a potem wróciła w ostatnich pięciu sekundach. Wolumen 2840 kontraktów nie mówi, ile z tego wykonano przy ofercie sprzedaży, a ile przy ofercie kupna. Kolejka zleceń, która w tej minucie mogła się dwa razy zbudować i rozpaść, nie zostawia w świecy żadnego śladu, bo do agregatu wchodzi tylko to, co zostało wykonane.

Dla większości analizy technicznej ta strata nie ma znaczenia i wykres jest w zupełności wystarczający. Zaczyna mieć znaczenie wtedy, gdy chcesz zamienić obraz na liczby dla systemu, bo system nie dostanie ekranu, tylko rekord danych, a rekord jest dokładnie tak bogaty jak źródło, z którego powstał.

Delta wolumenu: jedna nazwa, dwie metody

Zacznijmy od nieporozumienia, które psuje większość rozmów o delcie. Każda zawarta transakcja ma jednocześnie kupującego i sprzedającego, więc pytanie „ile kupiono, a ile sprzedano” nie ma sensu, bo odpowiedź zawsze brzmi „tyle samo”. Delta odpowiada na inne pytanie: która strona była agresorem, czyli kto sięgnął po cudzą ofertę zamiast czekać z własną. Wolumen wykonany przy ofercie sprzedaży zapisuje się jako inicjatywa kupujących, wykonany przy ofercie kupna jako inicjatywa sprzedających, a delta to różnica między jednym a drugim.

Żeby tak policzyć, program musi zestawić każde wykonanie z notowaniami arkusza w tej samej chwili. Wbudowany w TradingView wskaźnik Volume Delta tego nie robi. Zamiast tego schodzi na niższy interwał i przypisuje wolumen stronie na podstawie kierunku ruchu ceny, czyli rekonstruuje wynik zamiast go zliczać. Podręcznik opisuje ten mechanizm wprost:

Dlatego estymuje deltę na podstawie ruchu ceny wewnątrz baru: jeśli cena zamknęła się wyżej niż otworzyła, większość wolumenu jest przypisywana stronie kupujących. To jest przybliżenie, nie pomiar.

NinjaTrader podłączony do feedu giełdy dostaje wykonania pojedynczo razem z notowaniami arkusza, więc zamiast wnioskować z kształtu świecy, zlicza je według jawnej reguły klasyfikacji. Warto od razu powiedzieć, gdzie kończy się siła tego rozróżnienia: wynik nadal zależy od tego, jaki feed masz wykupiony, czy patrzysz na dane bieżące, czy historyczne, i jaką regułę stosuje konkretne narzędzie przy transakcjach wykonanych dokładnie pomiędzy ofertami. Jedna liczba jest zliczeniem obserwacji według reguły, którą da się nazwać, druga rekonstrukcją z kształtu świecy. Obie nazywają się tak samo i obie wyświetlają się w tym samym rogu ekranu.

Ta sama minuta, dwie różne liczby

Podręcznik zestawia jedną świecę widzianą z obu stron:

Delta wolumenu się różni, i to znacząco: TV pokazuje +450, NT8 pokazuje +280. Różnica 38 procent. To nie jest błąd, to jest naturalna konsekwencja różnych metodologii obliczania. TV estymuje, NT8 mierzy.

Sztych: dwa mechaniczne ramiona badają ten sam obiekt na cokole. Lewe obrysowuje go z zewnątrz cyrklem, prawe wsuwa igły do środka i przelicza znaczniki. Wskazówki obu tarcz stoją w różnych miejscach.

Te dwie liczby są przykładem dydaktycznym, a nie wynikiem pomiaru na zebranej próbce, więc nie mów za nimi o typowej skali rozbieżności. Póki nie policzymy tego na własnym materiale, uczciwe zostaje samo twierdzenie jakościowe: te dwie metody potrafią dać różne wyniki dla tej samej minuty, a różnica nie bierze się z zaokrągleń, tylko z dwóch odmiennych operacji. Ile wynosi u ciebie? Dowiesz się dopiero wtedy, gdy zapiszesz oba źródła obok siebie i porównasz na własnym materiale. To zresztą jeden z pomiarów, które mamy zaplanowane, i wrócimy do niego z liczbami zamiast z przykładem.

Nie wiemy też z góry, kiedy rozjazd robi się największy. Naturalna hipoteza mówi, że najbardziej wtedy, gdy kierunek ceny w barze przestaje odpowiadać temu, kto był agresorem, bo estymacja czyta właśnie kierunek. Brzmi rozsądnie. Dlatego trafia na listę rzeczy do sprawdzenia, a nie na listę tez tego artykułu.

Praktyczna konsekwencja jest mniej efektowna i pewniejsza od obu powyższych. Jeżeli zbierasz dane historyczne z jednego źródła, a potem oceniasz sygnały na drugim, twój model dostaje przy ocenie cechę policzoną inną metodą niż ta, na której się uczył, więc porównywalność obu zbiorów jest zerwana. Czy daje to stałe przesunięcie w jedną stronę, dodatkowy szum, czy zmianę całego rozkładu, rozstrzygnie dopiero pomiar na materiale zapisanym równolegle. Dlatego w naszym rekordzie danych delta z każdego źródła jest osobnym polem z jawną flagą pochodzenia, a nie jedną kolumną o wygodnej nazwie. Ten sam problem opisywaliśmy przy historii przejścia z parkietu na serwery: im głębiej schodzisz w dane, tym więcej rzeczy nazywających się tak samo okazuje się różnymi rzeczami.

Kolejka zleceń, której świeca nie pokazuje

Druga surowa warstwa to zlecenia oczekujące, czyli te, które jeszcze się nie wykonały: ile kontraktów czeka na kupno po poszczególnych cenach poniżej rynku i ile czeka na sprzedaż powyżej. Ten obraz nazywa się głębokością rynku, w skrócie DOM. Wykres nie pokazuje go w ogóle. Nie jest to kwestia ustawień, tylko braku danych po stronie źródła.

Bywa użyteczny, bo skupisko kilkuset kontraktów na jednym poziomie potrafi na chwilę zachować się jak sufit albo podłoga, choć równie dobrze może zostać wykonane, przesunięte albo odwołane, więc jego widok niczego o dalszym ruchu ceny nie przesądza. Podręcznik stawia sprawę ostrzej:

Ale: zlecenia w DOM mogą być wycofane w ułamku sekundy. To, co widzisz, jest stanem z danej milisekundy. Nie jest gwarancją.

Sztych: po lewej drabina poziomów cenowych ze zleceniami czekającymi w kolejce, której górne szczeble rozpływają się we mgle. Po prawej wstęga taśmy z trwale odciśniętym ciągiem wykonanych transakcji.

Zlecenie oczekujące jest deklaracją, nie zobowiązaniem, i samo jego odwołanie nie znaczy jeszcze niczego nagannego, bo uczestnicy odwołują zlecenia bez przerwy z całkowicie zwyczajnych powodów. Osobną sprawą jest spoofing, czyli wystawianie zleceń z zamiarem odwołania ich przed wykonaniem, po to żeby zbudować fałszywy obraz popytu albo podaży, oraz jego wielopoziomowa odmiana zwana layeringiem. Różnica leży w zamiarze, którego z drabinki liczb po prostu nie odczytasz, więc na ekranie widzisz zachowanie, a nie jego kwalifikację. Dopiero taśma transakcji mówi, co naprawdę zostało wykonane. Te dwa obrazy nie zastępują się nawzajem: kolejka pokazuje zamiary zgłoszone, taśma zdarzenia dokonane.

Drugi ekran ma przy tym cenę. Dane o głębokości rynku z giełdy idą osobnym abonamentem, platforma zdolna je pokazać ma własną licencję, a do tego dochodzą wymagania środowiska, w którym w ogóle da się ją uruchomić (konkretne kwoty i wymagania sprawdzaj u dostawcy, bo zmieniają się częściej niż ten artykuł). Wybór między jednym a dwoma źródłami sprowadza się do pytania, ile jesteś gotów zapłacić za dane, których na tym etapie i tak jeszcze nie potrafisz zwalidować.

Footprint kusi, bo wygląda na dowód

Footprint nie jest kolejnym źródłem danych, tylko sposobem pokazania tych samych wykonań w innym układzie: zamiast jednego prostokąta na minutę widzisz siatkę, a w niej na każdym poziomie cenowym wolumen sklasyfikowany jako wykonany przy ofercie sprzedaży i przy ofercie kupna. Kiedy jedna strona przeważa nad drugą w proporcji trzy do jednego albo mocniej, program podświetla to jako nierównowagę i obraz robi się bardzo sugestywny.

Podręcznik zapisuje przy tej okazji ostrzeżenie, które warto czytać do siebie, a nie do innych:

Order flow jest sugestywny wizualnie. Mózg ludzki bardzo sprawnie widzi wzorce nawet w danych losowych.

Kilka podświetlonych poziomów ułożonych jeden nad drugim układa się w głowie w opowieść o tym, że ktoś duży wchodził albo bronił poziomu. Opowieść bywa wciągająca i czasem prawdziwa. Kłopot w tym, że równie wciągająca bywa wtedy, gdy jest nieprawdziwa, a bez sprawdzenia na próbce nie masz jak tych dwóch przypadków rozdzielić. Dlatego na naszym etapie order flow jest zbierany i opisywany, ale nie stoi za żadną regułą. Sprawdzenie, czy te cechy niosą jakąkolwiek wartość przewidującą dla mikrokontraktu na S&P 500 w skali minutowej, wymaga zebranej próbki i formalnego testu.

Co się zmienia, kiedy patrzysz dwoma ekranami

Zysk z drugiego źródła jest węższy, niż obiecują reklamy platform, i konkretniejszy od nich. Przestajesz mylić rekonstrukcję ze zliczeniem. Wiesz, które pola w twoim rekordzie danych powstały z reguły, którą umiesz nazwać, a które z domysłu o kształcie świecy, i możesz je oznaczyć zanim wpuścisz je do zbioru. Przy okazji uczysz się czytać dwie rzeczy, których wykres nie niesie w ogóle: kolejkę zgłoszonych zamiarów i chronologię dokonanych wykonań.

Granica przesuwa się o warstwę, ale nie znika. Taśma podaje cenę i wolumen, a po zestawieniu z arkuszem także stronę, nigdy tożsamość, więc pytanie „kto” zostaje bez odpowiedzi także przy pełnym dostępie do danych. To, czy dzisiejsze zachowanie strumienia powie cokolwiek o zachowaniu za pół roku, jest osobnym pytaniem, na które odpowiada się próbką i testem, nie ekranem. Pojęcia, od których warto zacząć, zebraliśmy w glosariuszu, a notatka o wpływie na cenę tłumaczy, dlaczego samo złożenie dużego zlecenia zmienia obraz, który chwilę wcześniej oglądałeś.